czwartek, 5 października 2017

CCLVI

to był pierwszy deszczowy dzień podczas urlopu
padało od rana, z każdą godziną mocniej
schodziliśmy z gór długo
z każdym kilometrem czułam coraz bardziej ból, najpierw pleców, potem klatki piersiowej, na koniec stóp

zastanawiałam się jak pewna osoba, którą podziwiam, wytrzymała trzy tygodnie na górskim szlaku, wchodząc na o wiele wyższe przełęcze, śpiąc każdej nocy w namiocie i do tego codziennie praktykując jogę
tak, za swoją kondycję planuję się wziąć od dawna

tymczasem będąc prawie u celu żałowałam, że uparłam się na ten monastyr
byłam przekonana, że nie będzie warty włożonego wysiłku
ale wchodząc na dziedziniec szczęka mi opadła
i już nie myślałam o bolącym ciele

do tego szczęśliwie udało nam się dostać pokoik, a raczej celę na terenie monastyru
bez rezerwacji
ostatnią
pewnie jak pop, który akurat przebywał w pomieszczeniu recepcji, spojrzał na taką sierotę jak ja to mu się żal zrobiło i ten ostatni klucz dał
bo na pewno nie dał ze względu na przystojnego, silnego mężczyznę, mojego towarzysza podróży ;-)

Monaster Rilski moi mili:




P.S. dzisiejszego popołudnia bardzo mocno wiał wiatr
nie wyszłam przez niego z domu
i zaczęłam się porównywać
i zrobiło mi się źle
ale na kolację otworzyłam ogórki konserwowe w zalewie curry mojej mamy
i mi się polepszyło 
(bo wiecie, jestem z tych osób, które wolą ogórki od pomidorów, a jeśli te są nadzwyczajnie smaczne i smakiem przypominają ukochane Indie to dopiero szczęście)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz