poniedziałek, 1 grudnia 2014

CLII

jeszcze kilka zdjęć i kilka słów i koniec.

drugi dzień w bieszczadach był wycieczką krajoznawczą.
na koniec polski.
dosłownie.
i do źródeł sanu.

cywilizacja znikała z każdym pokonywanym kilometrem.
droga stawała się coraz węższa i coraz bardziej wyboista.
ostatnie 20-30 km to pustkowie.
 jedynymi ludźmi nawiedzającymi ten teren byli turyści.
żadnej osady, żadnych mieszkańców.

szlak niezbyt widokowy, ale przez to, że tak trudno dostępny to atrakcyjny.

zanim tam dojechaliśmy były też atrakcje po drodze:




nie zważając na szybko zapadający zmrok, doszliśmy do celu.

oto koniec świata polskiego.



ukraińcy mają ładniejsze słupki graniczne - kamienne.
polskie są z plastiku.


nie zapomnę też, jak r. położył się w tym miejscu na ziemi i niczym młodopolski artysta kontemplował krajobraz.
i to, że ciszę tego miejsca zakłócił pędzący po ukraińskiej stronie pociąg.

na koniec półtoragodzinny marsz w ciemnościach.
gęsty las z jednej i z drugiej strony szlaku.
nad głowami niebo pełne gwiazd.

człowiek wariuje w takich okolicznościach przyrody.
zwłaszcza słaby człowiek z miasta, przyzwyczajony do świecących w nocy latarni i do zwierząt udomowionych.


4 komentarze: