wczoraj na schodach w mojej kamienicy spał bezdomny.
rozgrzał się tanim winem.
ktoś, kto miał więcej serca ode mnie zostawił mu świeże banany.
bo ja bym go tylko wyrzuciła na zewnątrz.
zero współczucia.
natomiast pani z portierni w firmie, w związku z jej ostatnim dniem pracy
powiedziała mi kilka miłych słów.
monika wyrwana z kontekstu jest "uśmiechniętą dziewczyną i ciekawą osobistością".
pani życzyła szczęścia.
przyjęłam.
ale i tak nie lubię, nie tyle was, co tego, że się uśmiechacie, kiedy mi czarne chmury przysłaniają świat.
tego, że potraficie mówić do rzeczy, kiedy ja nie.
tego, że rozwijacie się zawodowo albo rodzinnie, kiedy ja ani jednego ani drugiego nie dostrzegam na horyzoncie.
tego, że lepiej sobie radzicie z rzeczywistością i z relacjami międzyludzkimi, kiedy dla mnie wszystko jest trudne i bez sensu.
moim miejscem jest pusty szlak
(można powiedzieć, że bywam często w bieszczadach, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę dystans siedmiuset kilometrów do pokonania z domu.
chcę poznać to miejsce jeszcze lepiej i zobaczyć je śnieżną zimą, zieloną wiosną i kolorową jesienią.
przynajmniej jakiś plan na przyszłość jest)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz