nie słuchamy drugiego człowieka. zazwyczaj staramy się go przekrzyczeć.
biegniemy, sami nie wiemy w jakim kierunku.
mnie przeaziło ostatnio to, że nie pamiętam, co robiłam w ostatnie święta grudniowe.
albo to, że chłopiec na zdjęciu powyżej, Bartosz, ma już sześć lat, a ja tak niewiele miałam okazji, żeby z nim porozmawiać jak starsza ciocia z młodszym bratankiem.
dlatego dzisiaj, na przekór nastrojowi utrzymującemu się od dwóch tygodni, czerpałam radość z zajęć jogi,
z tego spotkania w pubie, z tego powrotu rowerem do domu. z ulubionym radiem w słuchawkach na uszach, z tej szybkiej jazdy bez trzymanki na lekkim rauszu, z chłodnym, ale rześkim powietrzem w płucach.
z tego spotkania w pubie, z tego powrotu rowerem do domu. z ulubionym radiem w słuchawkach na uszach, z tej szybkiej jazdy bez trzymanki na lekkim rauszu, z chłodnym, ale rześkim powietrzem w płucach.
i gdyby tak pamiętać na co dzień o tych najważniejszych sprawach, ale jednocześnie najprostszych...
a zdjęcia moje, jeśli bezwartościowe, to przynajmniej z ładunkiem sentymentalnym, dla mnie samej. poniższe niesie wspomnienie pewnego popołudnia jesiennego spędzonego w podróży krótkiej. były pewne myśli, miłe. i tego się będę trzymać.


bartki to swoje chłopaki!
OdpowiedzUsuńdobitna refleksja. jak łatwo przepuszczamy to, co się najbardziej liczy! świat się stał taki, że najłatwiej odłożyć na później, w imię pogoni za dobrami konsumpcyjnymi lub ich budowaniem, lub odpoczywaniem od ich budowania. to moja koślawa parafraza tego, co oddane w najlepszy sposób, jaki do tej pory spotkałam.
OdpowiedzUsuń