dwa tygodnie temu stanęłam na najwyższym szczycie Sierra Nevada
weszłam na Mulhacén (3479 m n.p.m.)
byłam tym sposobem najwyżej na kontynencie europejskim w swoim życiu
można jeszcze trochę wyżej, ale to przy innej okazji
a góry surowe
praktycznie bez roślin i zwierząt (kozice spotykaliśmy jedynie)
niemal bez turystów
więcej ich jest podobno zimą na nartach
jedyną trudnością techniczną dla niektórych mogłaby być odległość od miejsca startu
na najwyższy szczyt
ale można podzielić trasę na odcinki i spać w jednym z wielu w tym rejonie schronów
za darmo
pamiętając jedynie o zapasie wody i jedzenia
ten trekking był głównym punktem naszego urlopu
i po raz kolejny cieszę się, że zobaczyłam inne góry
trochę inną kulturę wędrowania
zupełnie inne zasady i warunki panujące w jedynym płatnym tutejszym schronisku
uświadomiłam też sobie, że z mniejszym zapałem zwiedzam miasta
i że czas wolę spędzać na łonie natury
i że Andaluzja ma idealną dla mnie pogodę
że język hiszpański jest przyjazny
a ludzie uśmiechnięci i wyluzowani
jak trzeba będzie emigrować (a nawet bez względu na sytuację w kraju) to ja już wiem gdzie
poniżej zdjęcia z samego szczytu
prezentuję siłę, bo jednak dwadzieścia kilometrów się przeszło
zanim się weszło
(w tym było jakieś 1,5 km podejść)











Od samego oglądania zachciało mi się pić :D R.jak RODO
OdpowiedzUsuń