środa, 14 października 2015

CLXXV

ta wyprawa była wyjątkowa z kilku powodów.
bo pierwszy od dwóch lat dłuższy urlop.
bo nie dość, że nikogo z ekipy wcześniej nie znałam (wiadomo, nieśmiałość działała) to jeszcze tych osób było czternaście i byli z warszawy.
bo okazali się całkiem różnymi, ale fajnymi ludźmi.
bo spaliśmy kilka dni w namiotach w górach, bo wspólnie gotowaliśmy i codziennie rozpalaliśmy ognisko.
bo nie było dobrej pogody poza jednym dniem, ale to nic.
świetny wyjazd w góry marmaroskie i alpy rodniańskie.



mgła i deszcz.



ale wieczory ciepłe.


wnętrze chaty pasterza owiec.


tego pasterza.


który poczęstował nas pysznym chlebem, pysznym serem owczym i winem.


to ten dzień ze słońcem i widocznością.


obiad na szczycie.


ukraina - kolejny cel. 


takie widoki następnego dnia.


i smuteczek, że nie wchodzimy na szczyt. 


ale jest obiad i trochę zapominamy o nieudanej próbie.


są zwierzaki.




i rumuńskie klimaty.




mają nawet wesoły cmentarz.


leżenie na trawie powinno być codziennie.


i powrót do świata.
sama nie wiem czy jest we mnie żal, że nie mieszkam w stolicy czy nie.
czy wytrzymałabym tempo i wszechobecny lans?
nieważne, na razie żadnych przeprowadzek nie rozważam.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz