ta wyprawa była wyjątkowa z kilku powodów.
bo pierwszy od dwóch lat dłuższy urlop.
bo nie dość, że nikogo z ekipy wcześniej nie znałam (wiadomo, nieśmiałość działała) to jeszcze tych osób było czternaście i byli z warszawy.
bo okazali się całkiem różnymi, ale fajnymi ludźmi.
bo spaliśmy kilka dni w namiotach w górach, bo wspólnie gotowaliśmy i codziennie rozpalaliśmy ognisko.
bo nie było dobrej pogody poza jednym dniem, ale to nic.
świetny wyjazd w góry marmaroskie i alpy rodniańskie.
mgła i deszcz.
ale wieczory ciepłe.
wnętrze chaty pasterza owiec.
tego pasterza.
który poczęstował nas pysznym chlebem, pysznym serem owczym i winem.
to ten dzień ze słońcem i widocznością.
obiad na szczycie.
ukraina - kolejny cel.
takie widoki następnego dnia.
i smuteczek, że nie wchodzimy na szczyt.
ale jest obiad i trochę zapominamy o nieudanej próbie.
są zwierzaki.
i rumuńskie klimaty.
mają nawet wesoły cmentarz.
leżenie na trawie powinno być codziennie.
i powrót do świata.
sama nie wiem czy jest we mnie żal, że nie mieszkam w stolicy czy nie.
czy wytrzymałabym tempo i wszechobecny lans?
nieważne, na razie żadnych przeprowadzek nie rozważam.






















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz