to jeden z wieczorów kiedy czas harmonijnie płynie i chce się krzyczeć trwaj chwilo.
rower oczywiście.
pod słońce i wiatr jazda.
ale te zapachy po drodze.
najpierw wypalanej trawy, później grillowanej kiełbasy (mnie wegetariance i tak to kojarzy się z pełnią lata i z ogniskiem), a na końcu lasu iglastego.
w moim ulubionym miejscu tego miasta jeszcze nie poczułam, jak rok temu, zapachu pokrzywy i zapachu dzieciństwa jednocześnie. ale jeszcze kilka tygodni i tak będzie.
na koniec naprawdę słodkie truskawki z maślanką i zwrot podatku z urzędu.
a tamtego popołudnia na innym kontynencie, czekając na posiłek i poddając się szaleńczej podróży z kolegami hindusami, też było wspaniale.
dla M., bo wiele dzięki niej:-)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz