chciałam znowu coś napisać.
ale słowa zgrabnie układają się tylko wtedy, gdy nie ma klawiatury pod palcami.
znowu o tym samym napiszę.
może nawet tych samych sformułowań użyję co kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt postów wcześniej.
że jestem tchórzem i nie potrafię podjąć decyzji, której w rzeczywistości pragnę i potrzebuję.
bo zawsze są wymówki.
bo lato i kwietny balkon jest (o którym przecież jeszcze rok temu marzyłam, a teraz mam)
bo jeszcze praca jest i comiesięczne dochody, a do czego będę wracać po kilkumiesięcznym urlopie? nie jestem przecież asem na rynku pracy.
bo oszczędności na kupno mieszkania powinnam przeznaczyć, bo przecież własne mieszkanie to teraz temat numer jeden.
bo szkoła jogi ulubiona.
bo znane ścieżki i dziury w drogach.
bo nie wiem gdzie jechać i po co.
a tak naprawdę to jestem przerażona.
że mą głowę zaprzątają tak błahe sprawy.
że istota życia leży gdzie indziej.
ale jej też nie mam.
i próbuję ten brak rozwiązać poprzez zaspokojenie niskich pragnień, których i tak nie jestem w stanie zaspokoić.
nie dbam o relacje.
jestem samotnikiem, ale to nie usprawiedliwia mojego beznadziejnego stosunku do ludzi.
nie dbam o swoje ciało i czysty, wolny umysł.
co więcej, nie mam pojęcia jak to wszystko odmienić.
Lenka, koleżanka z pracy, nie mogła uwierzyć, że martwię się problemami, których tak naprawdę jeszcze nie mam.
i Lenka trafiła w sedno.
a teraz wyobraź sobie, że codziennie, kilka, kilkanaście godzin dziennie martwię się problemami, których nie mam.
wariactwo.
tylko reset.
i mimo swojej surowości, niedostępności chciałabym się komuś wypłakać w ramię.
i chciałabym, żeby ktoś mnie pocieszył.
p.s. po obejrzeniu filmu o antonie corbijnie jestem już pewna, że fotografia czarno-biała jest najszlachetniejsza i najpiękniejsza.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz