poniedziałek, 19 listopada 2012

LXVIII

nie, to nie powrót, odrodzenie ani post scriptum. 
chciałam tylko zapisać ostatnie dni w pamięci.
 ale czemu uznałam, że tu też je umieszczę jeden bóg wie.

jakaś niewyobrażalnie cienka granica jest pomiędzy sprzecznościami moich myśli. 
ktoś komu trudno zrozumieć mój smutek niech spróbuje zrozumieć powyższe słowa.
męczą nastroje tak odmienne każdego dnia. a one nawet chyba niezależne od zewnętrznych czynników tylko kolejny raz bóg wie od czego. 
naprawdę doceniam to, co mam. pracę, pieniądze, młodość. dla niektórych nawet szczupła jestem, dla jeszcze innych nawet ładna. ostatnio gotuję dobre, zdrowe zupki i hoduję kiełki, wyjdę też czasem wieczorem do kina albo na koncert. a to że kiepsko mówię w obcych językach albo że nie potrafię prowadzić samochodu - dałoby się to poprawić gdybym mniejszym leniem była. trochę trudniej nauczyć się gry na fortepianie lub wiolonczeli i być w tym dobrym. nie urodziłam się niestety artystką, ale może sukces w innej dziedzinie jest mi pisany. mam jeszcze samotność, ale czym ona jest w kontekście przed momentem wymienionych rzeczy. zresztą każdy odczuł, odczuwa lub będzie odczuwał samotność. taka ludzka przypadłość. tylko niektórzy jakoś lepiej sobie z nią radzą. 

opowieść się rozjeżdża, a chciałam przecież o kilku ostatnich dniach wspomnieć.
o tym, że rozmowa z A. przy kawie, herbacie, lodach i pomidorowym soku była czymś ocieplającym jak ulubiony gruby sweter założony w chłodny zimowy wieczór . 
o tym, że nie wiem co myśleć o B. 
o koncercie, którego wysłuchałam z otwartą buzią, choć z lekką tęsknotą za tym, żeby być w nieustannej podróży po kraju własnym i krajach odległych (te same emocje pojawiają się za każdym razem gdy czytam bloga jednego kolegi). 
o myślach intensywniejszych nad istotą i celem fotografowania. mojego.
o nocnym mieście pełnym rozbawionej młodzieży - a jednak młodość mija skoro wolę obserwować niż się bawić. 
o tym, że jest jeden minus jeżdżenia non stop rowerem. tracę możliwość przypatrywania się ludziom w tramwaju i na przystankach. o jakże to wielka radość mijać codziennie różne twarze i różne historie. byłabym w sobotę bezczelniejsza i patrzyłabym każdemu prosto w oczy gdyby nie ten pryszcz na środku mojej twarzy. 
o tym, że wiem jak powinnam żyć, żeby mieć względny spokój myśli, ale nie wiem jak to osiągnąć. nie potrafię tego rozpisać na zestaw celów cząstkowych. 

zdjęcia z lata. tak dla kontrastu wszechobecnego zimna. 







i jeszcze kilka z Indii.
bo zrobiłam sobie w pokoju pokaźny ołtarzyk ze swoich indyjskich obrazków. 
to właśnie z jego powodu wsiadłam w sobotę w tramwaj, skasowałam nawet bilet (bo niewypisanie mandatu, a jedynie pouczenie zdarzyć się może chyba tylko raz) i pojechałam do dużego sklepu po niezbędne materiały. 
cały też czas cierpię z powodu trudnej decyzji do podjęcia: lecieć w styczniu czy nie lecieć jeszcze raz tam. 
inshallah. 




1 komentarz: